RSS
 

Dzieje się ;)

20 cze

Jak mieszkałam kilka dni w maju u brata, to tak dobrze mi się pisało. Potem powrót do domu i nagle brak weny i chęci, żeby coś tworzyć. Sporo się ostatnio działo.

W pracy – przedstawienie dla rodziców z okazji Dnia Mamy i Taty. Msza na zakończenie roku i przygotowania do niej (mimo obaw, dyrekcja pochwaliła, że fajne piosenki i dzieci dobrze przygotowane :) ). Zebranie z rodzicami, po raz kolejny prowadzenie obserwacji dzieci i nanoszenie tego na karty obserwacji. Standard, taka praca nauczyciela. Teraz zaczynami powoli pakowanie rzeczy, bo nasza sala funkcjonuje tylko do końca miesiąca, potem będą grupy łączone. No i w przyszłym tygodniu czeka nas jeszcze rada pedagogiczna, czyli kilka godzin siedzenia i omawiania, co się działo w  której grupie w ciągu semestru i takie tam rzeczy, których się nie da ominąć.

Na scholii – I komunia i godziny spędzone na przygotowywaniu dekoracji. Tym razem był pobity kolejny rekord – skończyliśmy około godziny 4 xD Wróciłam do domu to już zaczynało się robić jasno, ale było warto. Efekt super :) Później rocznica, a tydzień temu pielgrzymka, na której oczywiście grałyśmy z dziewczynami. Po sobotniej części pielgrzymki, szybko do domu, odświeżyć się, przebrać i jechałam do centrum na koncert z okazji XXX rocznicy pielgrzymki Jana Pawła II na Wybrzeże. Próby, a szczególnie sam koncert – niesamowite przeżycie. Chętnie to jeszcze powtórzę. Właśnie tego mi brakowało w naszym chórze- tej radości, pieśni uwielbienia. Też jest fajnie, ale repertuar zazwyczaj poważny, dość smutny, spektakle itp. A moje klimaty to właśnie takie radosne uwielbienia Pana Boga ;) Oprócz tego, że to niesamowite przeżycie, to miałam okazję śpiewać ze wspaniałym trójmiejskim muzykiem i kompozytorem muzyki religijnej i Jazzu. To dla mnie ogromny zaszczyt. Że ja, taka nic nie znacząca, nie znająca nut, mogłam śpiewać w jego diakonii :)

Nie chce mi się dokładnie analizować co jeszcze poza pracą i śpiewami działo się w ciągu tego miesiąca „z hakiem”, ale mogę opowiedzieć, o tym co ostatnio. Kilka dni temu postanowiłam w końcu zgodzić się na propozycję kolegi, którego poznałam przez grę i który wielokrotnie proponował różne spotkania – kino, koncerty, spotkanie podróżnicze, urodziny… ale dotąd odmawiałam czasami mając opory, czasami nie pasował mi termin lub konkretna propozycja. Tym razem zaproponował wycieczkę. Od kilku miesięcy ma prawko, samochód i lubi sobie gdzieś pojechać. Tak było i tym razem, ale żeby nie było niezręcznie, że pierwsze spotkanie (po 2-3 latach wieeelu rozmów na przeróżne tematy) to wyjazd tylko we dwójkę, zaproponował, że on weźmie kolegę, ja koleżankę i pojedziemy we czwórkę. Na szczęście Kamila się zgodziła (chyba się trochę o mnie bała i stwierdziła, że jedzie bronić moich nerek :D ). Przyjechał pod mój dom punktualnie o 12, a potem czekaliśmy jakiś kwadrans na Kamilę. Nie powiem, żeby od razu było jak starzy dobrzy znajomi, ale było miło, rozmowa jakoś się kleiła i nie było takiego stania i patrzenia się na siebie nawzajem bez słowa. A było takie ryzyko, bo on też jest raczej małomówny. Kolega, który miał być gwarantem, że nie będzie krępującej ciszy jednak nie mógł i wyszło tak, że jechałyśmy my dwie z Przemkiem, a dopiero później po drodze drugim samochodem dołączyli jego koledzy i dziewczyna jednego z nich. Trochę błądziliśmy po drodze, przez ich nieprzygotowanie i zajęło to znacznie więcej czasu niż powinno, ale w końcu dotarliśmy. Jechaliśmy przez okolice dobrze mi znane  i które wspominam z dużym sentymentem ze względu na coroczne rekolekcje ;) – do Nadola nie dojechaliśmy, po skręciliśmy na rondzie, ale przez Gniewino już tak. I nagle wspomnienia odżyły. Pojechaliśmy nad jeziorko (woda cieplutka, ale wchodziłam tylko do kolan, bo miałam długie spodnie, a na pewno bym się nie rozebrała, nawet mając ze sobą kostium kąpielowy :) ), zrobiliśmy grilla, było całkiem sympatycznie. Przemek też nie miał zamiaru korzystać z kąpieli, tylko ci dwaj koledzy. Potem jeszcze bardziej oddaliliśmy się od domu i pojechaliśmy nad morze – do Lubiatowa. Taki kolejny spontan. Strasznie mocno wiał wiatr, ale i tak było fajnie. Do domu wróciliśmy jakoś po 20. Dawno nie byłam tak zrelaksowana jak wczoraj. Jednak nie miałam odwagi na jakieś bardziej odważne, bezpośrednie zachowania, jak np. żeby oprzeć się na jego nogach zamiast na Kamili, jak siedzieliśmy nad jeziorkiem. Nie chciałam też, żeby czuł się nieswojo albo wręcz przeciwnie, że robię jakieś podchody. Według spostrzeżeń Kamili, przez cały dzień był dla mnie bardzo miły (nie mogę narzekać :) ), bo np. przygotował płyty z muzyką Andrzeja Piasecznego – sam też lubi posłuchać, ale generalnie woli mocniejsza muzykę, którą ja niekoniecznie i mimo, że powiedziałam, że może włączyć coś innego to nie zmienił. No i w ogóle tak dbał i się grzecznie zwracał. Nawet drzwi otworzył ;) ale żeby uciąć wszelkie domysły, mimo że dobrze nam się ze sobą rozmawia i miło spędziliśmy wczoraj czas, to było to tylko w charakterze kolega-koleżanka. Zresztą sam ostatnio mówił, że ma niewielu znajomych, z czego często nie można na nich polegać, bo nagle zmieniają plany i czasami brakuje kogoś z kim mógłby pojechać na wycieczkę czy w inny sposób spędzić czas wolny. Nie żałuję, że zgodziłam się na ten wyjazd, może troszkę żałuję, że nie zdecydowałam się na którąś z jego wcześniejszych propozycji spotkania. Myślę, że teraz będzie już łatwiej, po pierwszym spotkaniu. I z tego co pisał, chciałby się jeszcze spotkać. Na razie nie będzie jak, bo na całe wakacje jedzie do pracy, a we wrześniu planuje wyprawę rowerową, ale sądzę, że jeszcze niejedno spotkanie się odbędzie i teraz nie będę go to zwodzić i jeśli tylko nie będzie kolidowało z innymi obowiązkami to się z nim spotkam. Nie powiem, żeby był mi obojętny, zdarzały się myśli, na przestrzeni miesięcy, że może mogłoby być coś więcej, ale to chyba nie to. Choć nigdy nie wiadomo, jak życie się potoczy.

Postanowiłam, że czas się nieco bardziej otworzyć na ludzi (stąd spotkanie opisywane powyżej) i… jest jeszcze inny kolega, już nie z Internetu, mieszkający jeszcze bliżej niż Przemek, ale obecnie, ze względu na studia przebywający dużo w Warszawie… Ma na imię Krzysiu i poznaliśmy się kilka miesięcy temu w kościele :P Widzieliśmy się tak naprawdę kilka razy, właśnie w kościele i czasami, jak była chwila to zamieniliśmy parę zdań. Jednak sporo ze sobą piszemy. Pierwsze rozmowy zaczęły się, jak znalazł mnie na Facebooku, w marcu, potem sporadycznie. W maju zaczęło się trochę więcej, w tym część „służbowo”, a pod koniec maja zaczęliśmy rozmawiać naprawdę dużo, od jakichś dwóch tygodnie niemal całe dnie. Zaczynając na pogodzie (zna się trochę na chmurach), przez muzykę, po bardzo osobiste rozmowy dotyczące upodobań i planów na przyszłość. Nie chcę na razie nic więcej mówić (i tak moi wierni czytelnicy sobie dokomponują co chcą :) ), ale miło nam się rozmawia, sądzę, że mogę liczyć na szczerość, nie unika odpowiedzi na żadne pytanie. Oprócz tego, codziennie na powitanie i przed snem dostaję wiadomość (Miłego dnia / śpij dobrze itp.). Niby nic, a jednak jest bardzo miłe i czekam na to. W dość szybkim tempie zaczyna się robić poważnie i nawet pojawiały się już pierwsze ogólne deklaracje (np. Zależy mi na Tobie), które wiele dla mnie znaczą. Trochę mnie to przeraża, co się dzieje, w jakim tempie się rozwija i co być może z tego będzie, ale jednocześnie cieszę się, że się dzieje. I chyba w końcu powolutku udaje mi się myśli i uczucia skierować w inną stronę niż dotąd to miało miejsce. Jeszcze nie całkowicie, ale po trochu chyba zmierza to w dobrą stronę :)

Mam nadzieję, że wpis nie okaże się być zbyt chaotyczny, bo co chwilę coś dopisywałam w różnych miejscach, a nie chce mi się czytać jeszcze raz, żeby sprawdzić ;)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przygotowania do występu

09 maj

Chciałabym dzisiaj coś napisać, ale nie wiem co mi z tego wyjdzie. Żeby zdążyć do pracy w środę i w czwartek i otworzyć przedszkole muszę wyjść z domu najpóźniej o 5:40… czyli wstać jeszcze dwadzieścia minut wcześniej niż zazwyczaj. Przerażające, przecież to środek nocy! Mam nadzieję, że chociaż uda mi się szybko zasnąć, żeby przetrwać moją „ulubioną” środę. Jeszcze nie wymyśliłam, czego nauczyć jutro dzieci na śpiewie, a czasu ani sił na ćwiczenie już nie ma. Pełno drobiazgów do robienia, ale wszystkie zabierają czas, który bardzo szybko ucieka. A to przepisać na komputer sprawozdanie z zespołu, napisać ogłoszenie o najbliższych wydarzeniach, przypomnieć rodzicom mailowo o strojach dla dzieci na przedstawienie oraz napisać kilka kwestii organizacyjnych. Dziś była próba generalna, chociaż nie wiem, czy z względu na niekorzystną pogodę, czy na długą przerwę od przedszkola czy zmęczenie próbami, ale w każdym razie nie wyglądało to na pewno jak próba generalna – przepychanie się, zapominanie tekstu, mylenie kto ma wyjść itp. Zobaczymy, co ma być to będzie. Dużo ćwiczyliśmy, role swoje potrafią i tańce też. Jak się zmobilizują i nie zestresują za bardzo to powinno pójść dobrze. Kilka osób tylko może swoim zachowaniem nieco zaburzyć ten porządek. No nic, jak to mówią, dla rodzica nie ważne jest, jak to dziecko wystąpi, co zrobi, ważne że jest, a rodzic i tak będzie zachwycony. Chociaż oczywiści są czepialskie odstępstwa od tej reguły, które potrafią mieć pretensje typu: „a dlaczego moje dziecko ma tak mało tekstu?”. Wiem już jednak, że takimi nie warto się przejmować. Zresztą przygotowując wszelkie występy staramy się dzielić po równo udział każdego dziecka. Ewentualnie jak jest jakaś rola wymagająca większych umiejętności (solowy śpiew,  długi tekst itp.) to bierzemy osobę wyróżniającą się na tle grupy, której jesteśmy pewne, że podoła. Po takim czasie spędzonymi z dziećmi już wiadomo, na co ich stać. Dziś jeszcze dokańczałyśmy z dziećmi laurki dla rodziców, żeby jutro mieć trochę luzu.

Dziś, a właściwie w nocy z wczoraj na dziś znalazłam nowe ogłoszenie o mieszkaniu i od razu napisałam maila, żeby dopytać o szczegóły. Rano nie było odpowiedzi, więc próbowałam zadzwonić, ale telefon chyba był wyłączony, więc zadzwoniłam ponownie po wyjściu z pracy i dowiedziałam się co nieco, a potem jeszcze otrzymałam odpowiedź na maila. Mieszkanie w tej samej okolicy co poprzednie, być może nawet w tym samym budynku, bo też w wieżowcu i tak sam metraż. Generalnie całkiem ładne, wyposażone, tylko nie podoba mi się kolor ścian – jest przez to dość ciemne i „ciężkie”. Raczej nie jest to od tego samego właściciela, bo tu pośredniczy biuro nieruchomości. No i większy problem – koszty sporo większe niż poprzednio. Nie jestem pewna, czy mogę sobie na to pozwolić… Chyba muszę odpuścić i czekać dalej na jakąś ciekawą ofertę. Dziwne, teraz jak zaglądam na to ogłoszenie, jestem już pewna, że mnie nie stać. Nie wiem, czy źle spojrzałam (chociaż raczej bym nie zwróciła uwagi na drogie mieszkanie) czy osoba dodająca w międzyczasie zmieniła. Patrzałam kilkadziesiąt minut po dodaniu, a zaktualizowane było dzisiaj.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Relaks i niedzielna anegdotka

09 maj

Chciałam wczoraj coś napisać, ale byłam zmęczona i już mnie muliło, więc nie wyszło. Teraz też już powinnam się wtulić w kołderkę (ewentualnie w koty :) ) i spać, ale coś czuję, że tej nocy nie wypocznę. Cały czas wiatr albo coś innego złowieszczo huczy, co mimowolnie wywołuje we mnie niepokój. A do tego, co jakiś czas deszcz lub grad nawala w szybę. Chciałam ogłosić iż okna dachowe to zło w przypadku wszelkich opadów. Przed chwilą postanowiłam sobie skorzystać z „luksusów” u brata i poleżeć trochę w wannie pełnej gorącej wody i mięciutkiej piany. Dla lepszego klimatu do relaksu włączyłam sobie moje ulubione piosenki i chciałam zapalić świeczki przy wannie. Obok leżała zapalniczka. Problem w tym, że świeczki, a właściwie knotki nie chciały współpracować i szybko się zapalić, a były dość głęboko schowane. W pewnym momencie poczułam, że zaczyna mnie piec palec :) Ogień z zapalniczki zaczął dochodzić do skóry palca, a wcześniej do paznokcia, który już ma długość ok. 3 mm oraz warstwę żelu na sobie i troszkę się przypalił, teraz brzeg jest brązowy. Na szczęście mam namalowane wzorki, więc za bardzo się nie rzuca w oczy ta dodatkowa „ozdoba”.

Wczoraj po tym jak Kamila pojechała do domu po wspólnej nocce (jakkolwiek to brzmi), ja pojechałam na Mszę przedszkolną, bo teraz wypadała kolej mojej grupy, chociaż bardzo mi się nie chciało. Tym bardziej, że przez kolejne biegi komplikował się dojazd, musiałam wyjść z domu ponad godzinę przed Mszą, żeby zdążyć dotrzeć. Nie czułam się najlepiej, więc ucieszył mnie fakt, że jest obecny organista (może nie najwybitniejszy, ale cały czas się uczy i rozwija) i dzięki temu miałam do zaśpiewania tylko trzy piosenki. Miałam mieć psalm, ale już w czasie mszy, jeden tata, nasz etatowy psalmista powiedział, że może zaśpiewać. Tylko chyba zapomniał o aklamacji i wrócił na miejsce :) Nie wiedziałam, czy iść na spontanie zaśpiewać, czy organista się zorientuje, jeden z panów z służby ołtarza też jest śpiewający i chciał wstać. Ostatecznie zaśpiewał organista, ale trochę to trwało, bo miał wyłączone organy i musiały się rozruszać, a do tego zamknięty lekcjonarz i improwizował i wyszło na to, że zaśpiewał dwie pierwsze linijki psalmu. A że była niedziela Dobrego Pasterza, to tekst trochę się różnił, ale tematyka zgadzała :) I dostałam od niego pocztówkę i breloczek z krecika z Czeskiej Pragi. Jakiś czas temu trochę podróżował i powiedział, że mi przywiezie. Dlaczego? Nie wiem. Prawie się nie znamy, widzieliśmy się kilka razy przy okazji mszy przedszkolnych, ale to miło z jego strony. Chciałam jeszcze krótko napisać, jak minęły ostatnie dwa dni, które w z dużej części spędziłam z Kamilą, ale raz, ze robi się coraz później, a dwa, że zostało mi tylko kilkanaście procent baterii i niebawem się wyłączy, a ładowarkę zostawiłam na dole, więc nie będę specjalnie po nią schodzić, może jutro będę miała czas i siłę coś napisać. Chociaż mam w planie zmienić jutro w przedszkolu wiszące jaskółki na motyle, żeby było ładnie na czwartkowy występ dla rodziców, a to skakanie na drabinie może zająć trochę czasu i odebrać wiele sił.

Dobranoc!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

piątek, piąteczek, piątunio ;)

06 maj

Wczoraj, zanim napisałam notkę to było już po północy, w sumie poszłam spać około pierwszej. Trochę się poprzewracałam z boku na bok, aż udało się zasnąć. Oczywiście, sporo się budziłam w nocy, a już tak „na dobre” przebudziłam się po siódmej i mimo, że nie byłam zbytnio wypoczęta, to nie udało mi się już zasnąć. Poleżałam z godzinkę otoczona kociakami, po czym postanowiłam wstać, poszłam chwilę poćwiczyć, przez co byłam jeszcze bardziej zmęczona, a potem „ogarnęłam się” i zeszłam na dół. I wtedy sama sobie napędziłam strachu ;) Włączyłam tv, ale po nocy był jeszcze trochę zaspany, tak samo jak ja i nie włączył się od razu. Ja zdążyłam dojść do kuchni i zaczęłam przygotowywać jedzenie dla kotów i po chwili usłyszałam męski głos. Aż zaczęłam wątpić, czy na pewno zamknęłam na zamek drzwi wejściowe i z trzęsącymi nogami i walącym sercem przeszłam do salonu. Dopiero wtedy, po tych kilku/kilkunastu sekundach „otrzeźwiałam” i uświadomiłam sobie, że to w telewizji :) Wiem, może to głupie, ale niedospanie i ból głowy trochę mnie otumaniły, co skutkowało stresującą pobudką. Potem przygotowałam i zjadłam śniadanie, zmyłam naczynia, które zostały z wczoraj, pobawiłam się aparatem w telefonie, robiąc zdjęcia kociakom i usiadłam do komputera. Nie dawało mi spokoju to mieszkanie, o którym pisałam wczoraj i z ciekawości wpisałam numer telefonu tego pana w Google. Okazało się, że ogłoszenie cały czas wisi jako aktualne (zresztą nadal jest), a do tego na innej stronie, z której nie korzystam jest prawie to samo ogłoszenie, tylko podana kwota całkowita, już z opłatami, ale co ciekawe jest też ogłoszenie od tego samego, że wynajmie to mieszkanie (na pewno to, bo są zdjęcia, metraż i ulica też się zgadza), ale na weekendy w maju i czerwcu (oraz na czas Heinekena czyli przełom czerwca/lipca). Więc może jak mówiłam, że chciałabym od połowy maja, to nie było za późno, tylko za wcześnie, bo wynajmując na doby może się więcej „nachapać”. Ale za takie przechodzone prze nie wiadomo kogo, to ja dziękuję bardzo. Jeśli to tak wygląda (i ewidentnie facet nie gra fair), to chyba dobrze, że się nie udało, bo jeszcze mogłyby się pojawić jakieś problemy w czasie najmu. Niestety, nowe ogłoszenia w tej okolicy się nie pojawiają (a w każdym razie nie w określonym przeze mnie przedziale cenowym). Później trochę sobie pośpiewałam i pograłam na gitarze, a popołudniu wpadła do mnie Kamila w odwiedziny i jak zawsze, czas szybko mijał. Pooglądałyśmy jakieś śmieszne rzeczy (ale też programy popularnonaukowe) i przygotowałyśmy obiadek, co nie było takie łatwe, bo cały czas uczę się tych nowych sprzętów :P Jak tak sobie oglądałyśmy różne rzeczy, to w pewnym momencie zauważyłam przez okno, że wokół jest pełno samochodów. No dobra, czas mszy wieczornej, nawet pierwszy piątek miesiąca, ale mało prawdopodobne, żeby tylu ludzi zjeżdżało się na mszę w tygodniu, tym bardziej, że trwała wyjątkowo długo i że co jakiś czas było widać dwóch lektorów z trybularzem. Jakiś czas później, ludzie zaczęli wychodzić z kościoła, a wśród nich sporo wystrojonych, garnitury i te sprawy, szczególnie młodzi chłopacy. Wtedy stało się jasne, że to najwyraźniej bierzmowanie. Potem miałam potwierdzenie jakieś dwie godziny później, jak przed domem przewinęło się kilkunastu księży, którzy wychodzili z plebani, a chwilę później biskup :) Także na takie „atrakcje” pod nosem się załapałam. Kotom już się znudziła zabawa, najedzone od dłuższego czasu śpią, a mi się zaczyna robić chłodno, więc też uciekam pod ciepły prysznic i do łóżeczka. Mam nadzieję, że tym razem już będę miała spokojniejszy sen.

Prawda, że ładnie dbam teraz o bloga i notki pojawiają się bardzo często? :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Znowu nie tak

05 maj

Pokiełbasiło się… L (tak, myślę, że to idealne określenie, mogłabym je też zamienić np. na słowo „pomięsiło”, bo nie lubię wyrobów mięsnych :P ). A mianowicie chodzi o to, że w końcu zdecydowałam się powiedzieć rodzicom o moich planach wyprowadzki. Najpierw dowiedziała się mama (choć pierwotnie to tatę planowałam pierwszego uświadomić). Wzięłam ich trochę przez zaskoczenie. W środę około południa pokazałam mamie w Internecie konkretne ogłoszenie i spytałam, co o tym myśli, a ona że dla kogo to mieszkanie. Jak powiedziałam, że dla mnie to pojawiły się teksty, w stylu, że chyba żartuję, ale oglądała dalej. Powiedziałam, że już rozmawiałam z właścicielem i jestem umówiona na oglądanie. Oczywiście, stwierdziła, że to drogo (widać, że nigdy nie wynajmowała mieszkania, ale jak znajdzie tańsze, to powodzenia, od miesięcy to śledzę na kilku stronach z ogłoszeniami). Potem obiad i zaraz po obiedzie zbierałam się do wyjścia. Mimo, że zameldowałam, że wychodzę, to zanim zdążyłam dojść do przystanku, tata już dzwonił, gdzie się wybieram. To mu powiedziałam, że jadę oglądać mieszkanie, ale nie będę tłumaczyć, bo mama wszystko wie. A że trafiło tak, że autobus najwyraźniej odjechał chwilę przed czasem (święto, puste ulice, zdarza się) to wróciłam na moment do domu, bo do następnego było prawie dwadzieścia minut. Czasu było niewiele, ale mama postanowiła, że pojedzie ze mną i dlaczego jej wcześniej nie powiedziałam, że to dziś jadę. Pojechałyśmy, kawałek trzeba było dojść pieszo, bo akurat nic nie podjeżdżało bliżej (w ciągu tygodnia łatwiej trafić), a okolice mniej więcej znam, tylko nie wiedziałam dokładnie, która to będzie uliczka i budynek. Na szczęście udało się bez problemów i punktualnie dotrzeć. Lokalizacja wymarzona – do pracy jakieś 1,5km, do morza kilkaset metrów. O czymś takim właśnie marzyłam. Budynek nie za ładny, stary, z początku lat 80 z dziwnymi korytarzami w środku, ale to mało istotne. Mieszkanko – no tak jak w ogłoszeniu, malutka kawalerka  – przedpokój, łazienka z kabiną prysznicową i pokój połączony z kuchnią, ogólnie całość umeblowana i wyposażona w sprzęty, nawet w naczynia itd., tylko w pokoju nie było kanapy, bo poprzedni lokatorzy mieli swoje meble, ale właściciel pokazał na zdjęciu. Może nie był to wielki luksus, ale ogólnie mieszkanko ładne, zadbane, dla jednej osoby w zupełności wystarczające i co najważniejsze, niedrogie jak na tę lokalizację, przeważnie trzeba liczyć co najmniej z 200-300 zł więcej… Dlatego byłam zdecydowana niemal od razu, żeby wynająć. I wtedy pan powiedział, że już jedna osoba była wcześniej, a jeszcze z jedną jest umówiony, no i skoro się z nią umówił, to nie może teraz w ostatniej chwili powiedzieć, że ma jednak nie przychodzić. I że będzie wracał do domu, to zadzwoni, gdzieś w ciągu godziny i jak się zdecyduje to podpiszemy umowę wstępną. Mija godzina.. dwie… w końcu zadzwonił i powiedział, że jest duże zainteresowanie i że musi się zastanowić i da jutro (w czwartek) znać. Obawiałam się, że zadzwoni jak będę w pracy i nie usłyszę w tym hałasie albo nie będę mogła rozmawiać (a było to możliwe, bo dzieci przez połączenie grup było sporo, a jeszcze jedna strasznie płakała przez prawie godzinę, do przyjazdu rodziców, bo ją głowa bolała). Zdążyłam skończyć pracę, przyjechać, zrobić zakupy i ugotować obiad, było około godziny 18.30, przyszedł sms „przepraszam ogłoszenie nie aktualne”. Wahałam się, czy coś mu napisać, a nie byłby to miły sms, bo sobie facet jaja robi z jakimiś castingami i zamiast od razu powiedzieć, o co mu chodzi, czy liczy, że ktoś zaoferuje, że więcej zapłaci, czy wynajmie od niego od razu na pięć lat (tyle mieszkała poprzednia para), to zwodzi i przesuwa termin. Oczywiście, jego prawo, nie musi pierwszej lepszej osobie albo jakiejś niepewnej wynająć, ale po co takie przeciąganie. Właściwie to już wczoraj wieczorem spodziewałam się, że tak to może się skończyć, że nic z tego nie będzie… A mimo wszystko, myśl o mieszkaniu cały czas mnie prześladowała. Rodzice mimo początkowych uwag, że „chyba zwariowałam” i „nie mam na co pieniędzy wydawać” przyjęli to całkiem spokojnie, chociaż bardzo się stresowałam ich reakcją. Chyba szybko dotarło do nich, że ja już postanowiłam i przekonywanie na siłę nic nie da. Jednak z drugiej strony, te ich argumenty pokazują, że nie do końca rozumieją moją motywację, że jestem w takim wieku, że potrzebuję się wyprowadzić, usamodzielnić, żeby poczuć się naprawdę dorosła i zacząć w pełni żyć. Do tego warunki w domu, są jakie są… spanie przy zawilgoconych ścianach i wyciąganie z szafy śmierdzących, a czasami nawet mokrych ubrań, to żadna przyjemność. No i te ciągłe kłótnie i narzekania, to dodatkowy argument dla mnie do wyprowadzki, o czym oczywiście im nie mówiłam. Niestety, mieszkanie w wymarzonej okolicy nie wypaliło, pozostaje mi dalej śledzić strony z ogłoszeniami i czekać, aż przyfarci i zdarzy się fajne i niedrogie. Chociaż muszę przyznać, że jak przyszłam do pustego domu brata, zmęczona i z „dołem” to zaczęłam sobie myśleć, że może trzeba odpuścić, że to będzie znak, jeśli odpowiedź będzie negatywna. I w ogóle całe to popołudnie jakoś mi smutno, słucham w internecie dołujących piosenek itd., mimo, że koty się do mnie przymilają i rozbawiają swoim zachowaniem (szczególnie młoda wchodzi na głowę – dosłownie), a teraz śpi sobie koło mnie na łóżku ;) Dzięki temu nie tęsknie aż tak za moimi zwierzakami (tego też się obawiam, gdybym miała się wyprowadzić, no ale przecież na weekendy bym wpadała). Jutro ma wpaść do mnie Kamila w odwiedziny, więc myślę, że miło spędzimy czas i będzie mi lepiej na serduchu. Znowu naskrobałam prawie 900 słów. Do następnego!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Normalność, czy to tak wiele?

01 maj

Fajnie dziś tak, kiedy wieczorem zamiast wydzierania się, awantur, są normalne rozmowy, nawet żarty. Niby taka normalność, a jak prawdziwy luksus. Niestety, wieczne narzekania i kłótnie w domu są na porządku dziennym, dosłownie o wszystko, jak nie ma żadnego powodu to się go znajdzie. A to o niezmyte naczynia, jak zmyte to niedokładnie albo ułożone nie tam gdzie trzeba, a to serwetka brudna, a to plamy na podłodze pies zrobił, a była dzień wcześniej umyta (no bo przecież pies powinien latać, kiedy na dworze jest mokro). To jeden z głównych powodów, dla których myślałam o wynajęciu czegoś. Spokój. Po prostu chciałabym mieć ciszę i spokój. Wiedzieć, że jak czegoś nie zrobię, bo mi się nie będzie chciało lub nie starczy czasu, to tylko ja będę winna i tylko ja na tym stracę. Kiedyś pisałam o tym na blogu, że mieszkania w miejscach, gdzie chciałabym mieszkać są niestety za drogie, na moją jednak niewielką wypłatę, ale przeglądam cały czas ogłoszenia, wierzę, że w końcu trafi się coś fajnego i niedrogo. Jakiś czas było w domu lepiej, powiedzmy akceptowalnie. A ostatnie dwa dni znów pojawił się alkohol w dużych ilościach, a co za tym idzie, jeszcze większe awantury, wyzwiska etc. Tata zaczął urlop, który potrwa jeszcze ponad dwa tygodnie i obawiam się, że takie sytuacje mogą się zdarzać znacznie częściej przez ten czas. Dziś jednak mimo, że nie zrezygnował z alko to wypił przez cały dzień może ze 3 piwa i jest zupełnie inaczej. Rano się zapowiadało na powtórkę z wczoraj, bo obudziła mnie kłótnia rodziców, ale potem już było dosyć dobrze, posprzeczali się tylko (oczywiście zupełnie bez sensu), kiedy brat przyjechał. Nawet to nie było przeszkodą. Ale poza tymi dwoma incydentami było ok. Tata zrobił dobry obiadek (pieczone ziemniaczki <3 ), teraz przygotowuje się do robienia kolacji i sam wyszedł z inicjatywą. Miło się rozmawia, nie krzyczy na mnie, że mam przełączyć na inny kanał w telewizji. Czy nie mogłoby być tak zawsze…?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

zmęczona

30 kwi

Znowu coś się dzieje… Nie wiem, czy wynika to z nerwów, z nadmiernego myślenia, jakichś problemów zdrowotnych, czy z jeszcze czegoś innego, ale znowu mam coraz większe problemy ze snem. Kolejny raz udało mi się zasnąć dopiero ok. godziny 3. Oczywiście, co jest już u mnie normą wiele razy się budziłam w ciągu nocy plus, co ostatnio zaczęło się nasilać – większe przebudzenie się na godzinę/dwie przed czasem z przekonaniem, że czas już wstawać. Zazwyczaj kilka, kilkanaście minut zajmuje mi uświadomienie sobie, że jednak jest jeszcze trochę czasu do pobudki. Nawet gdy patrzę na wyświetlacz z godziną to hmmm nie wiem albo widzę coś innego (inną godzinę) albo mój umysł złośliwie inaczej to interpretuje. Zdarza się, że wstaje do łazienki, a nawet zaczynam się szykować. Dziwne. Taki dziki sen zdarzał mi się przez jakimiś stresującymi wydarzeniami w moim życiu albo jak koniecznie musiałam punktualnie gdzieś być i pojawiały się obawy, że zaśpię. A teraz stało się to już bardzo powszechne.

Z moich obserwacji wynika, że sezon na wszechobecne zmiany statusu na Facebooku można uznać za otwarty. W ostatnim czasie widziałam już trzy albo cztery wzmianki o treści: „Ślub z …”. Co prawda jeszcze nie u moich znajomych, tylko znajomi znajomych, ale wiem, że szykuje się kilka wesel. A tu już tyle tego, chociaż jest dopiero koniec kwietnia. Przecież szczyt ślubów to maj-sierpień. Ciekawa jestem, ile moich koleżanek (i pewnie kolegów też) zmieni w najbliższych miesiącach stan cywilny. A mnie coraz częściej nachodzi refleksja, że niepostrzeżenie, mój czas minął i teraz mogę liczyć na cud, albo że ktoś wartościowy też przegapił swój czas. Wcześniej było myślenie, że to tylko zabawy i tak nic poważnego z tego nie wyjdzie (okres gimnazjum), potem, że trzeba się przygotować do matury, myśleć o przyszłości i że przecież jeszcze jest czas (poza tym w klasie niewielką część stanowili chłopacy z czego dwóch fajniejszych i obaj zajęci), inne znajomości, głównie z kościoła też zaczynały się powoli rozmywać albo miały nie taki wymiar jak bym chciała. Potem studia, wiek – 19 lat i parę miesięcy później pojawienie się już dwójki z przodu… Na studiach „same baby” i mało poznawałam w tym czasie nowych osób (no dobra, nie aż tak mało, ale większość na rekolekcjach, więc sami żonaci panowie) i potem już jak z bicza strzelił, a za dwa miesiące już 26 lat… Nie nadążam za tym pędzącym czasem :( I tak sobie dziś myślałam, nawet jak bym teraz poznała kogoś odpowiedniego i szybko zdecydowalibyśmy się na ślub to najszybciej 28 lat (a to już naprawdę takie minimum)… Patrząc na to, że perspektywy są marne, to jeśli w ogóle będzie mi dane ubrać kiedyś białą suknię, to będzie to już po trzydziestce. A dzieci? Chciałabym mieć przynajmniej dwójkę, a im później (szczególnie pierwsza ciąża, tym gorzej). No nic, widocznie tak ma być. Zawsze mogę jeszcze wybrać zakon, powołań mało :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kwietniowo ciąg dalszy

23 kwi

W nocy napisałam krótką notkę, ale właściwie dotyczyła ona tylko soboty. To teraz czas na małe uzupełnienie w formie retrospekcję i napisanie tego, co było wcześniej. Nie wiem, czy to przez te sobotnie emocje, czy z jakiego powodu, ale bardzo długo nie mogłam zasnąć. Udało się dopiero przed 4… A rano oczywiście nieprzytomna.

Znowu nie mogę narzekać na nudę w pracy. Ostatnio sporo zamieszania z przedszkolnym konkursem plastycznym, którego byłam współorganizatorem. Było mnóstwo, bo aż 52 prace, (czyli niemal co drugie dziecko przyniosło), więc niełatwo to było ogarnąć. Konkurs trwał około miesiąca, ale wyniki miały być w czwartek. Pierwsze zawirowania pojawiły się w związku z wyborem najlepszych prac. Były wybrane trzy nauczycielki, każda z innej grupy. Nagle, jedna twierdzi, że ona nic nie wie… W końcu się zgodziła, chociaż nie wyglądała na zachwyconą. Dziewczyny miały się same dogadać, co do terminu, bo najlepiej wiedzą, w jakich godzinach pracują i kiedy miałyby czas. Jednak nasza niedoinformowana oczekuje, że my (organizatorki) ustalimy konkretny termin. Więc znowu dzwonienie, bieganie od jednej do drugiej, żeby się dowiedzieć jak pracują w konkretne dni (tym bardziej, że bywają zamiany) i kombinowanie ze znalezieniem odpowiedniej pory, bo czasu nie było za wiele. Ale uff, udało się umówić na kolejny dzień. W samo południe zebrała się komisja, przygotowałam im rozpiskę, ile miejsc, wyróżnień ma być wybrane z każdej kategorii i rozłożyłam na stolikach wszystkie prace. Nie było łatwo, bo moja grupa już wracała z obiadu i szła do łazienki (zawsze siadają do stolików i po kilka osób jest wysyłane, żeby nie robić tłoku). Na dodatek w tym dniu była zamiana i moja grupa miała iść zaraz po obiedzie do sali obok na próbę przedstawienia (będziemy występować w innej niż nasza). Kiedy już się dało opanować sytuację i wybrać najładniejsze prace, okazało się, że wśród grup młodszych wszystkie 5 miejsc zajęły dzieci z jednej grupy… Mimo tego, poszłyśmy z wynikami do dyrektorki, jednak kazała zmienić. I znowu, zbieranie komisji, rozkładnie wszystkich prac, żeby coś podmienić. Wiadomo i dzieci by mówiły między sobą, dlaczego z ich grupy nikt nie wygrał, a jeszcze bardziej rodzice mogliby mieć zastrzeżenia. Wybór naprawdę nie był łatwy, bo było dużo pięknych, czasochłonnych prac, ale udało się jakoś podmienić na prace dzieci z innych grup, żeby było większe zróżnicowanie. Potem drukowanie (musiałam wkładać po 2-3 kartki, bo przy większej ilości, drukarka je „sklejała” i wychodziło, że jedna sztywna wyszła czysta i wydrukowało na zwykłym papierze ksero. I tak 52 dyplomy. Później jeszcze wypisywanie ich (na szczęście to zrobiła mama, bo ładniej ode mnie pisze, ale i tak musiałam czuwać, bo czasami ciężko było rozczytać nazwiska). Następnie, jako organizator musiałam podpisać wszystkie dyplomy i zanieść do wicedyrektorki. I tu pojawił się kolejny problem, bo na dyplomie było napisane „dyrektor” i powiedziała, że ona tego nie może podpisać, bo jest tylko wice i na pieczątce też ma wice. Podpiła tylko na każdym pieczątkę przedszkola. Niestety, gdy miałam czas iść to głównej dyrektorki nie było, a potem już do samego końca pracowałam. W czwartek nie za bardzo mogłam dłużej zostać, więc napisałam współorganizatorce, gdzie są dyplomy i że trzeba wziąć podpis dyrekcji. Okazało się, że ona się jakoś zamieniała i już do końca była z dziećmi, więc nie ma kiedy wyjść, no i miała trochę do mnie pretensje. W końcu stanęło na tym, że jednak wice mogła wszystkie podpisać i nikt nie miał z tym żadnego problemu… W piątek musiałam specjalnie przyjechać na rano, na rozdanie dyplomów, a w sumie i tak zajmowałam się robieniem zdjęć, bo nikt nie chciał / nie umiał. Trochę trwało rozdanie wszystkim, dzieci się już zaczynały niecierpliwić, ale jakoś poszło, na szczęście już z głowy. Na początku cieszyłam się na organizację konkursów, ale potem okazało się, że z tym same problemy i zamieszanie, więc następnym razem liczę na coś mniej wymagającego. Potem miałam z dwie godziny przerwy przed rozpoczęciem pracy, ale było do załatwienia kilka spraw związanych z pracą. Na szczęście zostało trochę wolnego czasu, więc kupiłam sobie kawę i mimo lekkiego chłodu i padającej mżawki wybrałam się na spacer, gdzie była cisza, spokój i piękne okoliczności przyrody. Musiał nastąpić brutalny powrót do pracy, gdzie dzieci były mocno hałaśliwe, pewnie na deszcz i czas jakoś mi się dłużył. Jeszcze trzeba było trochę popracować, bo wykonujemy z dziećmi dość czasochłonne laurki na dzień mamy i taty. Z Każdym trzeba wyciąć serduszko i po kilka mniejszych i większych kwiatów z filcu, potem to poprzyklejać. Trochę to trwa, mimo, że zaczęłyśmy robić dużo wcześniej. A w międzyczasie jeszcze trzeba wykonywać obserwacje dzieci, kolejne prace plastyczne… Nie lubię tej pogoni i realizowania terminów. Przez to wszystko, dziecko zamiast być najważniejsze, jest gdzieś bliżej końca listy ważności. Jak co piątek miałam dyżur popołudniowy, jednak rodzicom nie robi to różnicy, że zaczyna się weekend i nie za bardzo przejmują się porą zamknięcia przedszkola. Jest kilku takich którzy notorycznie odbierają punkt 16.30 lub później… Ta było i tym razem. Ostatnie dziecko zostało odebrane o 16.50. Problem w tym, że na godzinę 16.30 była ustalona Rada Pedagogiczna. Koleżanka, która też miała dyżur poszła trochę szybciej, a ja czekałam z małą i dołączyłam chwilę spóźniona, ale nie z mojej winy, więc nikt nie miał pretensji. Na szczęście nie trwała bardzo długo, bo około półtorej godziny, ale i tak, gdyby wyeliminować chwile zbędnej ciszy, które do niczego nie zmierzały, można było ją skończyć w niecałą godzinę. Dobrze, że już z głowy, pewnie w maju, a przynajmniej w czerwcu, po podsumowaniu semestru będzie kolejna.

Jutro rano muszę wstać, bo dwie dziewczynki z naszego przedszkola będą występować na konkursie talentów w domu kultury. O ile nie będzie obsuwy czasowej, powinnam mieć krótką chwilę przerwy, to zdążę coś zjeść w locie, potem normalnie praca, a po niej warsztaty dla nauczycieli.

Na dniach mają być wyniki rekrutacji do przedszkola, ale w planie na razie uwzględnione jest pięć grup (czyli tyle co teraz), więc ciekawe jak to zostanie rozwiązane. Wiem, że zgłoszeń jest bardzo dużo, prawie na cztery grupy (choć nie wiem, jak to wygląda wiekowo). Boję się (chyba jak wszyscy pracownicy), tego co nas czeka, ale wierzę, że to zmiany w dobrą stronę. Jak widać, rodzicom nadal zależy, by ich dzieci chodziły do naszego przedszkola, więc to powód do radości i do wzmożonej pracy. Nie wiem, co jeszcze chciałam napisać, więc na dziś kończę. Muszę jeszcze zrobić parę rzeczy do pracy i przygotować wszystko na jutro.

Jak będą jakieś interesujące komentarze, to pojawią się kolejne notki.
Tak, żebym wiedziała, że jest po co pisać, bo równie dobrze, jeśli ma być to tylko pamiętnik, to mogę bezpiecznie zapisywać na komputerze :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

:)

23 kwi

Dziś był piękny dzień.
Obudziłam się niemal bez bólu zęba, który towarzyszył mi od kilku dni. Co prawda w zamian dostałam opuchnięte dziąsło miękkie (czy jak to tam się określa), ale oprócz dziwnego uczucia, było to mniej uciążliwe. Na szczęście we wtorek po pracy jestem już zapisana do dentysty i mam nadzieję, że mi pomoże i nie będzie za późno :( A więc, wracając do bardziej optymistycznych myśli. Rano, standardowo próba scholi, poszło całkiem sprawnie, w pół godziny „z hakiem” prześpiewałyśmy wszystkie piosenki, a repertuar wielkanocny, więc bardzo radosny, że aż chce się śpiewać :)
Potem z godzinka w domu i jechałam z Dominiką do kina na film „Chata” (serdecznie polecam!) Chciałam wybrać się wcześniej, ale postanowiłam najpierw przeczytać książkę, a dopiero potem obejrzeć film, choć bez tego, też można spokojnie obejrzeć. Jednak takie zderzenie wyobrażeń na podstawie książki z ekranizacją jest ciekawe. I zabrakło mi jednego zabawnego dialogu odnośnie chodzenia po wodzie ;) Przed seansem poszłyśmy do Smyka, pomóc Dominiki siostrze kupić sweterek i inne ubranka dla córeczki, która ma się niebawem urodzić. Cudowna sprawa, jest tyle ślicznych rzeczy. Chciałabym móc komuś tak kupować ubranka, zabawki, książeczki… Po filmie natomiast, poszłyśmy na szybki „obiad” i kawę. Wróciłam do domu i pół godziny później pojechałam z mamą na koncert zespołu religijnego, na który bardzo długo czekałam. Kiedy dotarłyśmy kilka minut przed rozpoczęciem, prawie nikogo nie było, na szczęście potem trochę ludzi przybyło. Pewnie pogoda odstraszyła, bo dość silny i zimny wiatr sprawił, że można było nieźle zmarznąć. Na „rozgrzewkę” na koncercie spotkałam kilka znajomych osób, cztery siostry zakonne, brata z którym 2 lata temu byłam na rekolekcjach, dziewczynkę ode mnie z grupy z mamą i kilku innych, mile widzianych znajomych, z którymi udało się zamienić kilka zdań. Lubię takie miłe zaskoczenia. Koncert świetny, ale z mamą nie dotrwałyśmy do samego końca i poszłyśmy do pobliskiej kawiarni na kawę i ciacho (słodkie i za duże, ale bardzo smaczne :) ). Potem powrót do domu i już prawie 21. Chwile porobiłam coś przy komputerze i wybiła północ i postanowiłam napisać notkę (żeby nie było, że nic nie piszę). Rano trzeba wstać, bo przed Mszą jeszcze próba scholi, więc teraz – dobranoc!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Chwila wytchnienia

04 kwi

Ostatnio znowu intensywny okres. Przez dwa tygodnie próby do bierzmowania (na szczęście udało się podzielić i wyszło tylko po dwa dni w tygodniu), ale oczywiście normalnie odbywały się też próby scholi oraz trzeba było zrobić próbę samego zespołu przed bierzmowaniem, bo z kandydatami ćwiczyłyśmy tylko ja z Justyną (więcej osób nie miało sensu). Pierwszego dnia, jak rozmawiałam z księdzem, to byliśmy pozytywnie zaskoczeni ich postawą. Męska część bardzo fajnie śpiewała, dosyć poważnie podeszli do sprawy. Dziewczyny też miały piękne głosy, ale mimo, że było ich wyraźnie więcej, to śpiewały tak cichutko, jak by śpiewała jedna czy dwie osoby. Z kolejnymi próbami dziewczyny się rozkręcały i śpiewały coraz ładniej i głośniej, a chłopacy niestety albo śpiewali znacznie ciszej niż wcześniej (niektórzy niemal bezgłośnie) albo się zaczęli wygłupiać. Szczególnie pogorszenie w śpiewie było widoczne, jak w drugim tygodniu zostali przesadzeni tak, jak na bierzmowanie, a nie koło ulubionych kolegów. Mimo „tylko” (i aż) czterech prób i pewnych zawirowań (dogadanie się, kiedy kto ma mieć próbę i co śpiewać to nie takie proste) na bierzmowaniu poza pieśniami do Ducha św. (które były w czasie namaszczenia krzyżmem) wszystko ładnie śpiewali i biskup był bardzo zadowolony. Ucieszył się też z tego, że było zaśpiewane „Zjednoczeni w Duchu). Niestety nam się nie udało zaśpiewać jednej, ładnej piosenki, która fajnie wychodziła na próbach, ponieważ Komunia szybko się skończyła, a pieśni, mimo że były tylko dwie to długie i na naszą, która była przewidziana na uwielbienie już nie starczyło czasu :( Troszkę się zdenerwowałam na naszego organistę, bo nie dość, że ciągle coś mieszał w czasie przygotowań, to jeszcze tak przeciągnął (mimo, że nigdy nie był chętny do śpiewania i chciał jak najmniej). No nic, widocznie tak miało być. My swoje zadanie spełniłyśmy – było delikatnie, subtelnie, by skupić uwagę na tym, co najważniejsze. Choć mam wrażenie, że cała uroczystość była dość… smutna? Senna? Nie wiem jak to określić. Może to wynikało z powagi biskupa (nie było żadnych tekstów „z przymrużeniem oka), może z okresu Wielkiego Postu, a co za tym idzie też np. pieśni, może z późnej pory (choć pogoda tego dnia była piękna! :) ). Jedną „imprezę” (w dużym cudzysłowie) można wykreślić z listy. Teraz czeka nas Pierwsza Komunia, do której próby mają być w środy, więc nie mam szans, żeby być na nich obecna. Dobrze, że Justyna nie robi problemów i bierze na siebie odpowiedzialność za to, bo reszta dziewczyn raczej by się sama nie podjęła i byłoby kiepsko. Potem pielgrzymka do Wejherowa.

Na liście zaliczonych można odhaczyć też przedstawienie w przedszkolu. Miało miejsce dokładnie w pierwszym dniu kalendarzowym wiosny. Dzieci były zaskoczone i zachwycone. Cały dzień o tym mówiły i idąc do domu chętnie opowiadały rodzicom. Największą radość sprawiło im nie samo przedstawienie, ale osoby które znają i lubią w różnych rolach. Jak tylko pojawiały się kolejne osoby na scenie, to były reakcje „to nasza paniiii”, „ooo siooostraaa” i cały dzień powtarzały, jak kogoś spotkały, kim był w przedstawieniu. I tak jak można było się spodziewać, było dość spontanicznie i bardzo wesoło! :)

Zeszła środa za to była strasznie męcząca, pewnie dla większości nauczycieli. Ja standardowo, jak co środę, jestem w pracy od 7.30. Normalnie o 11 zaczynam półtoragodzinną przerwę, ale że obchodziliśmy wtedy imieniny dyrektorki (zaczynały się właśnie o 11) to wypadało, żeby wszyscy pracownicy byli obecni. Każda grupa miała przynajmniej piosenkę / taniec / wierszyk (większość po dwie rzeczy), to siłą rzeczy musiało trochę zająć. Potem jeszcze życzenia od pracowników i od rady rodziców. Tym sposobem zeszło do obiadu. Co prawda wszyscy (którzy mogą) byli zaproszeni na kawę i ciasto, ale ja wolałam choć na chwilę się przewietrzyć i postanowiłam coś przegryźć po drodze  i poszłam kupić sobie kawę do kawiarni. Tam spotkało mnie miłe zaskoczenie, ale o tym nie będę pisać :) W każdym razie nie spodziewałam się i mam nadzieję, że jeszcze trafi mi się taka niespodzianka. Niestety, moja przerwa mocno się przez to skurczyła i wyszłam na ok. 20 minut. Potem zaraz śpiew (siostra zaproponowała, żeby nie było i że to dogada z innymi nauczycielami, bo przecież dzieci też były zmęczone po występach, ale nie przeszło…). Pogoda zaczęła się psuć, więc automatycznie dzieci stały się bardziej pobudzone i głośne, przez co bardziej męczące… Po południu, zamiast mieć pod opieką dzieci z trzech grup, dostałam z pięciu, bo siostry miały jakieś osobne spotkanie. Było ich mnóstwo (nie wiem dokładnie, ponad 20) i szczerze mówiąc, nie do końca ich ogarniałam. Moim celem było, żeby nikt nie uciekł i nie zrobił sobie krzywdy, czyli po prostu przetrwanie. Oczywiście rodzice nie spieszyli się z odbiorem, dopiero 16.40 poszło ostatnie dziecko. Wyszłam na chwilę na dwór, chociaż było już zimno, a ja byłam ubrana tylko w sukienkę i cienką kurtkę (no przecież rano było ciepło :) ). Dziesięć minut spaceru w pobliżu przedszkola i trzeba było wracać, bo o 17 rozpoczynało się szkolenie, jak się okazało, było przewidziane na 2,5-3 godziny. Wchodziła w to przerwa (plus dla dyrekcji – zamówiła pizzę, dzięki czemu nie padłam z głodu, bo drożdżówka na cały dzień to trochę mało), a samo szkolenie skończyło się ok. 20.15. Posprzątać salę, ubrać się, dojść, poczekać na autobus i do domu dotarłam po 21, wychodząc rano przed 7. Ja już nie wiedziałam jak się nazywam. A jeszcze po powrocie trzeba było dodać na świeżo zdjęcia na stronę internetową (dzięki pomocy kolegi w końcu wiem jak to zrobić i bez zbędnego komplikowania! ) Niestety albo podczas tego krótkiego spaceru przed szkoleniem albo później, gdy czekałam na autobus, trochę się przeziębiłam i trzyma mnie do tej pory. Głównie katar się do mnie przyczepił, ale gdy była lekka poprawa to zaczęły się dawać we znaki problemy z gardłem. Wczoraj śpiewając psalm na Mszy nieźle charczałam J Nie spodziewałam się tego, bo wcześniej w miarę normalnie mówiłam. Gdybym wiedziała, to bym poprosiła kogoś o zaśpiewanie za mnie. Mimo tego dotrwałam do końca i chyba udało mi się w miarę czysto (bez fałszów) zaśpiewać. Oprócz tego przez kilka dni (właściwie od wtorku do niedzieli) zmagałam się z dość silnym bólem głowy. Nie wiem, czy wynika to z przemęczenia / niewyspania / stresu / przeziębienia czy jeszcze czegoś innego, ale jest to dość uciążliwe i czyni mnie bardziej drażliwą. Przy ciągłym hałasie w przedszkolu jest to problematyczne. A moja tolerancja i cierpliwość do dzieci znacząco zmniejszona… W piątek odwiedziliśmy muzeum, gdzie oczywiście też trzeba było mieć oczy dookoła głowy, tym bardziej, ze dzieliliśmy się na grupy i były do wykonania zadania, a dzieci ciekawe wszystkiego łatwo się rozpraszały i robiły po swojemu (Np. pozbierały znaczniki, które chwile wcześniej położyliśmy przy znalezionym według mapy przedmiocie J )

Jutro też będzie pracowity dzień, bo organizujemy zajęcia otwarte dla rodziców. Dzieci zaprezentują piosenkę, pobawimy się trochę, a potem każdy rodzic z dzieckiem wykona zajączka z rolki po papierze toaletowym oraz baranka z waty. To wymagało też pewnych przygotowań, ale większość już jest gotowa. Mam nadzieję, że jakoś podołamy i będzie to mało chaotyczne a rodzice i dzieci zadowoleni. W piątek chcemy zrobić z dziećmi palemki, żeby miały swoje, samodzielnie wykonane na niedzielę palmową. W międzyczasie przygotowujemy z dziećmi kwiatki i serduszka do laurek dla mamy i taty, W najbliższym czasie będzie trzeba też pomyśleć o dopracowaniu strojów i przygotowaniu dekoracji na Dzień Mamy i Taty (miesiąc szybko zleci) oraz o przygotowaniu dyplomów za konkurs plastyczny dla przedszkola, który z jedną siostrą organizujemy i który niedługo się kończy. I cały czas jeszcze kombinujemy coś z wycieczką. Przydałoby się, bo z teatrem niestety zaspałyśmy i się nie udało (jako jedyna grupa, więc słabo…) i z punktu widzenia rodziców może się wydawać niewiele – warsztaty kaszubskie, kino, muzeum, zajęcia w eksperymentarium. Z tego co się dowiedziałam, najaktywniejsza pod tym względem z grup po prostu mówi skarbnikowi, co mają do zaproponowania a rodzice się organizują, załatwiają i wpłacają dodatkowe pieniądze. Ja jednak nie jestem za takim podejściem, bo wydatków im na pewno nie brakuje, tym bardziej, że większość dzieci ma jedno-dwoje rodzeństwa, a wtedy wydatki rosną. Jedni będą chętni i nie odczują 20 zł na wycieczkę, dla innych to będzie bardziej problematyczne, ale się nie przyznają do tego. Sama wiem, jak to jest, bo podobne sytuacje pojawiały się na każdym etapie edukacji. Myślę, że na inne wyjścia, wycieczki też przyjdzie czas. Jest jeszcze zerówka, a niektóre atrakcje będą o wiele ciekawsze i wartościowe dla starszych dzieci niż tych 4-5 latków. Word twierdzi, że wystukałam na klawiaturze już niemal 1400 wyrazów, więc chyba znowu troszkę mnie poniosło i czas kończyć, tym bardziej, że wybiła północ. Dobrej nocy (lub dobrego dnia w zależności od pory czytania :) ).

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dobrze

14 mar

Dziś był dobry dzień. Mimo, że wstałam rano niewyspana (znowu zasnęłam dopiero ok. 2 w nocy) i teraz też już mi się zaczynają oczy ze zmęczenia kleić, a jadąc kilkanaście minut straciłam w korku przez jakieś ciężarówki, to ogólnie muszę uznać, że dzień był fajny. Chociaż niemal cały dzień byłam w pracy ( musiałam być ponad godzinę wcześniej niż normalnie i wyszłam też tak, jak bym miała dyżur popołudniowy). To trzeba było omówić konkurs wewnątrz przedszkolny, to dzieci chciały coś opowiedzieć i się ze mną pobawić, jeszcze czekałam na zgranie zdjęć od jednej z grup, bo (nie wiem czy już wspominałam), ale od niedawna ja jestem już oficjalnie odpowiedzialna za dodawanie newsów i zdjęć na stronie i Facebooku przedszkola. Nie mam z tym problemu w kwestii technicznej, ale denerwuje mnie presja, że wszystko musi być „już”, jak najszybciej.

Przechodząc jednak do tego, dlaczego dzień był sympatyczny i czas szybko mijał. Zaraz po moim przyjściu do pracy, przygotowywaliśmy się z dziećmi do wyjścia. Szliśmy z moimi maluchami do kina. Najpierw było zwiedzanie kina: baru (gdzie można było zobaczyć jak powstaje popcorn i posmakować), kas biletowych,  a nawet projektorni (plus bycia nauczycielem – z dziećmi można zobaczyć miejsca normalnie niedostępne) :) Potem obejrzeliśmy film „Kacper i Emma na Safari”. Trochę się obawiałam, czy dokonałam wyboru filmu, może trzeba było postawić na znane i lubione stare, krótkie bajki (Reksio, Bolek i Lolek etc.). Na szczęście film okazał się wartościowy zarówno ze względu na edukację przyrodniczą, jak i takie wartości ludzkie (przyjaźń, dobro, wzajemna pomoc) i dzieciom też się bardzo spodobał. Na koniec otrzymaliśmy mnóstwo prezentów (karty, plakaty, naklejki, certyfikaty i balony dla każdego dziecka), oprócz tego książka o kinie i płyta z bajkami. Także wyjście bardzo pozytywnie. Wróciliśmy od razu na obiad, potem chwila odpoczynku, angielski, godzina zabawy i podwieczorek, czyli czas, kiedy dzieci zaczynają się rozchodzić.

Teraz drugi pozytyw tego dnia. Kiedy wróciliśmy z kina spotkałam dziewczynę, za którą jestem zatrudniona na zastępstwo i sama mnie zagadała. Powiedziała, że nie muszę się martwić, bo jeszcze trochę będzie na zwolnieniu. Jak spytałam ile, to powiedziała, że pewnie ze dwa lata. W pośpiechu nie skojarzyłam, że chyba tak długo nie może, a nie pomyślałam, żeby o to spytać. Trochę później okazało się, dlaczego na stole nauczycieli stał torcik. Koleżanka ta jest w ciąży z drugim dzieckiem :) A kilka dni wcześniej dyrektorka powiedziała, że z tego co wie, Ola nie zamierza na razie wracać, a ona nie planuje nikogo zwalniać, więc raczej mam pewną pracę na przyszły rok, jeszcze na zastępstwo, a potem, po rozbudowie przedszkola, może się uda już jakąś umowę na stałe. Byłoby super. Z jednej strony fajnie, jeśli jeszcze te dwa lata (a może i więcej się uda) będę na zastępstwo, ale taka umowa jednak nie daje stabilności, nic nie mogę zrobić. Nawet, jeśli kiedyś chciałabym myśleć o jakimś kredycie, to muszę mieć do tego umowę na czas nieokreślony. Nieważne. Na razie cieszę się z tego, co mam :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Marcowo

11 mar

Jakieś dwa tygodnie udało mi się coś napisać przy niedzieli, to teraz wolniejszy jest sobotni wieczór. W sumie, niedziela też raczej będzie luźna. Miałam jechać z Emilką na koncert do Gdańska, ale niestety dzisiaj się okazało się, że jest odwołany :( A szkoda, bo to zespół grający taką muzykę, jaką lubię, ale nie byłam nigdy dotąd na ich koncercie i jeszcze nie znam za bardzo ich piosenek. Jednak z Cisza Jak Ta było podobnie. Pierwszy raz poszłam na koncert, właściwie nie znając ich piosenek, a od tego czasu zakochałam się w ich muzyce, poczuciu humoru, atmosferze na koncertach… Stali się moim ulubionym zespołem. I wiele osób jest takich, że na początku nie kojarzyli Ciszaków albo pojedyncze piosenki słyszeli, a po koncercie tylko czekali na kolejny. Sama złowiłam kilka takich osób ;) No nic, może jeszcze kiedyś uda się pójść na koncert Lubelskiej Federacji Bardów. Póki co, pozostaje czekać na kolejne spotkanie z Ciszakami na koniec marca.

Wczoraj poczułam się troszkę rozczarowana, zbędna? Takie tam moje kompleksy i potrzeba docenienia, bycia potrzebnym (chyba każdy tak czasami ma). Niby nic takiego się nie stało, ale prawie biegłam z pracy, kończąc o 16.30 (oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto postanowi odebrać dziecko  kilka minut po czasie), żeby na 17 dotrzeć do kościoła na drogę krzyżową, na której śpiewa schola (głównie zespół). Poprzednim razem długo trwała (pierwszy piątek miesiąca) i Justyna musiała zrezygnować z treningu siatkówki, więc powiedziałam, że nie będę na próbie, ale dotrę jak najszybciej, pomogę w śpiewie i potem poskładam sprzęt. Jestem już w drodze, piszę, żeby wzięła dla mnie albę i dostaję odpowiedź, że nie mam po co, bo są we cztery, w tym trzy gitary i sobie dadzą radę. Żadne, że jak zdążę to spoko czy coś, tylko, że nie ma potrzeby, żebym się spieszyła. I w ogóle, że będzie jedna piosenka, której chyba nigdy nie śpiewałyśmy. Hmmm… Mam rozumieć, że bym zepsuła, czy co? (Później okazało się, że to coś, co jeszcze jako dzieci uczyłyśmy się na scholii, a i tak nie śpiewały, bo jednak nie było komunii). Wiem, może to wyglądać na przewrażliwienie na swoim puncie, ale po prostu, tak po ludzku, zrobiło mi się smutno.

Jakiś czas temu mieliśmy przeprowadzaną ankietę dla nauczycieli na temat współpracy etc. i jedno z pytań dotyczyło tego, jakie zajęcia koleżeńskie (dla innych nauczycieli) moglibyśmy poprowadzić. Nie chciałam, żeby pozostawały nieuzupełnione rubryczki, więc spytałam koleżanek, co mam wpisać, bo nie mam za bardzo żadnej specjalistycznej wiedzy, którą mogłabym przekazać, czegoś, czego nie wiedzą nauczycielki ze znacznie dłuższym ode mnie stażem, które przecież też pokończyły studia. Jedna stwierdziła, że przecież potrafię grać na gitarze i sama chciałaby umieć. To troszkę z przymrużeniem oka postanowiłam wpisać taką propozycję. Okazało się, że już dwie osoby się wpisały, jeszcze jedna się waha, ale jak uda się zgrać z terminem to też chętnie się poduczy. I jeszcze inna chciałaby umieć, ale nie ma gitary, co troszkę komplikuje, bo nie będzie mogła ćwiczyć w domu, a bez ćwiczenia za wielkich postępów nie osiągnie. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Dawno nikogo nie uczyłam, a nawet jeśli, były to tylko dzieci, z dorosłych to dwóm kolegom pokazywałam tak naprawdę podstawy obchodzenia się z tym instrumentem i kilka chwytów. Jak tak dalej pójdzie, to połowa pracownic będzie umiała grać i „stracę na wartości” (bo obecnie jest to przydatne przy jakichś uroczystościach, mszach itp. co troszkę działa na moja korzyść). No i będzie posiedzieć trochę dłużej w pracy, a obecny grafik i tak to trochę wymusza. Chciałabym chociaż raz kończyć wcześniej niż teraz, żeby móc np. pójść na spacer póki jest słońce albo mieć czas połazić po sklepach. Co do pracy, ostatnio miałam do napisania protokół z rady pedagogicznej. Trochę późno się za to zabrałam (jak to ja, mistrzyni deadline’ów :D ), ale mimo schematu przesłanego kiedyś przez dyrektorkę, nie wiedziałam, jak się za to zabrać, a kogo pytałam, nikt mi nie potrafił pomóc, bo tak naprawdę, nikt nie wie, jak to ma być dokładnie napisane, albo pisał z zupełnie innych tematów, np. sprawy bieżące – ja miałam do napisania z jednej z większych rad, bo semestralnej. Udało mi się uzyskać jeden protokół od pani, która pisała chyba na koniec roku i trochę po swojemu, trochę wzorując się na jej raporcie, udało mi się coś sklecić. W czwartek miałam jeszcze parę błędów do poprawienia i do dopisania kila rzeczy, więc przyniosłam gotowe na piątek. Okazało się, że cały dzień dyrektorki nie będzie i mogłam oddać dopiero w poniedziałek – kilka godzin przed kolejną radą pedagogiczną :) Znalazł się tylko błąd w numeracji protokołów, ale poza tym nie było zastrzeżeń i dyrektorka powiedziała, że tak jak pisze, jest dobrze. To cieszy, biorąc pod uwagę, że niemal zawsze ma jakieś zastrzeżenia, nawet do tych napisanych przez nauczycieli z wieloletnim stażem.

W poprzedniej notce pisałam o przedstawieniu w pracy. Ostatnio, w dzień kobiet mieliśmy pierwszą z prób (następna będzie już generalna), gdzie było omówione, kto co ma robić. Nie jest źle, mam kicać na scenę (dość komiczny widok), zaśpiewać piosenkę, ale raczej z podkładem wokalnym i w dwie osoby powiedzieć króciutką, dwulinijkową kwestię. Chyba najtrudniejsze będzie to, żeby wejść w rolę i nie zacząć się śmiać. No i ciekawe jak ponad 100 dzieci usiedzi grzecznie praktycznie bez opieki, bo wszyscy pracownicy będą zaangażowani w występ :) Jedno jest pewne – będzie wesoło! Wspominałam też, że wprowadziłam w swojej grupie nowe urozmaicenia. Obrazkami z przypomnieniami już za bardzo się niestety nie przejmują, ale zostawię je na razie. Minutnik się sprawdza, ale nie korzystam z niego zbyt często, tylko w niektórych sytuacjach – jak widzę, że mają bałagan albo ociągają się ze sprzątaniem. Ciszaki póki co nadal dają radę :) Dzieci pilnują się wzajemnie, by była cisza i żeby się nie bawić nimi, są skupione. Gorzej, kiedy nasi towarzysze lądują już w słoiku po zajęciach… wtedy ciężko o jakieś argumenty, które by ich przekonały. Ostatnio są tacy rozkrzyczani :( Dzieci nawet same przychodzą mówić, że jest za głośno, że ich głowa boli, jednocześnie chyba nie zdając sobie sprawy, że to przecież oni sami generują ten hałas. Ogólnie fajnie mi się ostatnio pracowało, czas szybko mijał, ale też jestem jakaś przemęczona, nie mogę się wyspać… Nie wiem czym jest to spowodowane, ale ciężko się tak funkcjonuje. Wcześniejsze kładzenie się do łóżka nic nie daje, bo i tak zasypiam po dłuższym czasie, a nawet jak śpię wystarczająco długo, to ten sen jest chyba mało efektywny, bo wstaję tak samo zmęczona, jak byłam wieczorem. Mam nadzieję, że razem z wiosną pojawi się więcej słońca i doda mi to trochę energii, a jak nie, to będzie trzeba szukać alternatywnych źródeł :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Podsumowanie lutego

26 lut

Udało mi się jakoś przy wolnej niedzieli zmobilizować, żeby jeszcze w tym samym miesiącu dodać drugą notkę. Co prawda, na samym początku i końcu miesiąca, ale jest, obie w lutym :)

Dziś taki bardziej leniwy dzień, bo tylko rano próba, Msza święta, a później to już tylko odpoczynek – czytanie książki, oglądanie filmów, troszkę w Internecie plus trochę czas poświęcone na rzeczy związane z pracą – robienie dekoracji wiosennych, bo niebawem trzeba zmienić oraz wyszukanie materiałów z mojego licencjatu, które obiecałam jednej z współpracownic piszących pracę na  podyplomówce. I przy tej okazji kolejny raz cofnęłam się 3/4 lata wstecz, kiedy to pisałam swoją pracę licencjacką i robiłam wywiady, których czytanie napawa optymizmem. I niektóre z wypowiedzi można by przytaczać jako wzór postawy i wychowania religijnego. Czytając je po raz kolejny, aż nabrałam (zapewne chwilowej) ochoty na zrobienie badań o podobnej tematyce. W ogóle jest mnóstwo tematów z zakresu teologii, psychologii, pedagogiki i socjologii, których analizowanie byłoby arcyciekawe. Tylko, że nie tak łatwo dotrzeć do odpowiedniej, reprezentatywnej grupy, no i najgorsza jest ta cała teoria do opisania. Opracowanie badań być może jest najtrudniejsze, ale na pewno najciekawsze. Pozostając w tematyce religijnej, jeszcze krótko – dziś ksiądz dał propozycje pieśni na bierzmowanie. Zawsze w naszej parafii było mniej więcej w połowie maja, a teraz znacznie szybciej, bo na początku kwietnia, w związku z wizytacją. A tak się złożyło, że jest to jeszcze okres Wielkiego Postu, więc część pieśni, które lubimy i które w poprzednich latach dobrze wychodziły z młodzieżą trzeba było zmienić. Mimo tego ksiądz bardzo dobrze dobrał, są takie które lubię i dobrze się je śpiewa (w tym „Zjednoczeni w Duchu”, które uwielbiam, a dotychczas nie było <3 ). Jeszcze tylko kwestia podziału z organistą, bo poza dwoma z 19 propozycji znam i potrafię wszystkie i tak łatwo nie oddam :) Może jeszcze namówię go na jedną piękną, krótką piosenkę, która bardzo kojarzy mi się rekolekcjami. Dwa lata temu nauczyłyśmy kandydatów do bierzmowania podczas weekendu skupienia i okazało się, że najbardziej im przypadła do gustu i cały czas chcieli śpiewać na próbach.



Co do pięknych pieśni – na chórze już od kilku tygodni (pewnie jakoś od listopada, ale potem długo mnie nie było na próbach) ćwiczymy repertuar do Pasji, przygotowywanej przez amatorski teatr, z którym występuje nasz teatr. Będą wykorzystane znane pieśni, takie jak „Krzyżu święty nade wszystko”, ale będzie też coś ‘lżejszego’- „Jesteśmy piękni Twoim pięknem Panie”. Zawsze mi się to podobało, ale zaśpiewane na trzy albo cztery głosy brzmi niewiarygodnie pięknie. Aż żałuję, że nie zostało to nagrane, bo jak to słyszałam, aż miałam łzy w oczach. W takich chwilach, nawet gdy przychodzą chwile zwątpienia, naprawdę można od nowa uwierzyć w to Piękno. Jest jeszcze jedna pieśń, napisana przez naszego dyrygenta kilka lat temu, na początku nas przeraziło, a jeszcze okazało się, że początek to „pikuś” i kolejne zwrotki są o wiele trudniejsze. Mimo tego na ostatniej próbie udało nam się nauczyć melodii całej ośmiozwrotkowej pieśni na cztery głosy, teraz będzie czas na szlify :) Już nie mogę się doczekać, kiedy będzie to wystawiane, bo mimo, że jak widziałam scenariusz prezentuje się bardzo skomplikowanie (Pasja sama w sobie jest czymś trudnym, ale ta wersja przedstawiona zupełnie z innej perspektywy i wymagająca wiedzy biblijnej, czyni jeszcze trudniejszą i mam wrażenie – nie dla każdego. Tak jak do niektórych nie docierał poprzedni spektakl – nudził, był niezrozumiały itp.). Prób aktorów jeszcze nie widziałam, ale i tak myślę, że warto i na pewno będę zapraszać wszystkich znajomych. W przedszkolu też będziemy przygotowywać przedstawienie dla dzieci – cała kadra pedagogiczna i personel niepedagogiczny. Problem w tym, że zostały trzy tygodnie, a jeszcze nie jest nawet pewne, kto jaką rolę będzie miał, nie mówiąc już o nauce tekstu. Ja na szczęście prawdopodobnie będę miała tylko do zaśpiewania piosenkę :)

Szybko przemknął ten luty, przecież dopiero co były święta, potem ferie, a za chwilę już marzec, potem zaczną się próby, bierzmowanie, święta, próby do komunii, biały tydzień, pielgrzymka. Ciężko nadążyć za tym wszystkim… W marcu z Emilką (i zobaczymy kto jeszcze będzie chętny) wybieram się na dwa koncerty dla odprężenia – oczywiście Ciszaki i drugi zespół, którego dopiero poznaję, ale tworzy podobną muzykę. Zaintrygowali mnie :)

Co do ciszaków, ostatnio bardzo popularne stały się malutkie samorobne maskotki z pomponików, które mają pomóc w utrzymaniu ciszy na zajęciach w przedszkolu zwane właśnie Ciszakami lub Cichaczami. Mnie lepiej kojarzy się ta pierwsza nazwa i taką właśnie przekazałam dzieciom. Zbierałam się już dłuższy czas, ale jak w jednym sklepie natrafiłam na dokładnie takie pomponiki jak chciałam,  ruchome oczka pasujące do nich od razu postanowiłam kupić i zrobić niespodziankę moim maluchom. Wprowadziłam je w zeszłym tygodniu i jak na razie świetnie zdają egzamin. Dzieci nieźle się wkręciły, mimo, że mają świadomość, że to ja je zrobiłam, to podchwyciły temat i je uosabiają („Ciszaki się boją hałasu i uciekną, jak będziemy głośno”, „Dzisiaj nie chciały do nas wyjść” „Ciszak ucieknie od ciebie jak hałasujesz albo jesteś niegrzeczny”). Niesamowite. Wprowadziłam im też minutnik, żeby odmierzać np. czas w którym powinni sprzątnąć zabawki, bo ostatnio się z tym ociągali. Teraz robią to naprawdę szybko (ostatnio w 5 minut sprzątnęli wszystko, skorzystali z toalety i z umytymi rączkami siedzieli na dywanie). Mam nadzieję, że obie te nowości będą na nich działać jak najdłużej.

Miałam w planie napisać o czymś jeszcze, co miało miejsce w ostatnim czasie, ale zapomniałam o co chodzi. Tak to jest, jak jeden temat ciągnie za sobą kolejny. No dobra, w takim razie wezmę się za dokończenie wiosennych dekoracji, kwiatki na gałązkach nie chcą się same przykleić :) Życzę wszystkim dobrego tygodnia!

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

dołek

01 lut

Ale paskudnego doła załapałam… :( Od pewnego czasu znowu pojawiły się moje problemy ze snem, a przez urlop i pracę w godzinach popołudniowych w ferie jeszcze bardziej przestawiłam się na późne chodzenie spać. To zaowocowało przemęczeniem i trudnościami z wczesnym wstawaniem po krótkim śnie, a jeszcze począwszy od grudnia, co chwila wracają jakieś infekcje. Co się wykuruję, kilka dni spokoju, to zaraz znowu coś łapie. Niestety przy dzieciach, które nie zawsze przychodzą całkiem zdrowe łatwo, ale dookoła też pełno ludzi. Podobno jest teraz mnóstwo zachorowań na grypę. Tata też wylądował na zwolnieniu, więc mi rozsiewa po domu zarazki. No ale walczę, może uda mi się przejść ten rok szkolny bez zwolnienia. Jeszcze trochę, przyjdzie wiosna, słoneczko i będzie lepiej.

Jednak najbardziej dobiła mnie świadomość, że po raz kolejny scenariusz się powtórzył – spotkanie, na które już się nastawiłam, na którym bardzo mi zależało – nie wypaliło… Wcześniej się przed nim trochę wzbraniałam, ale to był błąd, bo przecież od dawna na to czekałam. I co? I kuźwa, znowu nic… :( A potem jeszcze „olewka” na dokładkę.  Tak więc od powrotu do domu rozmyślam i słucham piosenek, które wprawiają mnie w jeszcze większego doła. Zaraz noc, pewnie znowu nie będę mogła zasnąć, bo myśli nie dadzą spokoju, pobudka przed 5, mobilizowanie się, żeby być miłą i cierpliwą dla dzieci, bo one przecież nie są niczemu winne. A że czasami nie słuchają próśb, hałasują. To tylko (i aż) dzieci. I tak sobie mija dzień za dniem…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Poświątecznie

08 sty

W pracy czeka mnie teraz bardzo intensywny tydzień. Już po powrocie z kilku dni urlopu między świętami a nowym rokiem było co robić w przedszkolu. Ostatnie próby do jasełek, ogarnianie strojów przynoszonych przez rodziców (co dla kogo, czy czegoś brakuje, kilka przypadków za długich sukienek itp.), robienie dekoracji (a więc między innymi wycinanie aniołków i duuuużej ilości śnieżynek z papieru), a do tego jeszcze zastępstwa, bo jedna z nauczycielek jest chora.

Też ostatnio chorowałam, ale ten najgorszy czas był w tygodniu przed świętami i jakoś się przemęczyłam, żeby nie dokładać jeszcze innym pracy przed świętami, a do lekarza też tak szybko bym się pewnie nie dostała. Poza tym w tym czasie były też wigilia pracownicza i opłatek w przedszkolu. To taki szczególny czas. Więc faszerowałam się lekami i naturalnymi wspomagaczami (imbir, herbata z cytryną i miodem itp.) na własną rękę i jakoś dotrwałam do świąt. Problemem był tylko co jakiś czas powracający ból gardła i przede wszystkim duszące napady kaszlu występujące najczęściej z rana i wieczorem / w nocy. Tak jak wspomniałam imbir, tabletki, dwie butelki syropu na kaszel trochę pomogły, ale długo to trwało. Co najmniej z tydzień intensywnie (do tego stopnia, że czasami traciłam głos). Teraz od kilku dni niby jest poprawa, mówię właściwie normalnie, ale problem pojawia się, kiedy chcę śpiewać, szczególnie bo wtedy głos staje się mało dźwięczny i skrzeczący. A kiedy w środę miałam z dziećmi w przedszkolu śpiew, to przy wydawało mi się mało wymagającej piosence, w pewnym momencie wręcz urwało mi głos i nie byłam w stanie wydać z siebie dźwięku i znowu kaszel. Ze łzami w oczach próbowałam dośpiewać z nimi zwrotkę do końca i musiałam zrobić przerwę na wypłukanie gardła i porządne odkaszlnięcie, bo nie dałam rady. Wygląda na to, że mimo iż od początku choroby minęło już ponad dwa i pół tygodnia to jeszcze nie wszystko jest w porządku. Obawiam się, że to może być jakieś zapalenie krtani lub strun głosowych, które mogą mieć swoje trwałe konsekwencje :(

Wracając do intensywności w najbliższym czasie. Wiąże się to głównie z jasełkami, ale nie tylko. W czwartek był występ dla rodziców, a w poniedziałek będzie dla babć i dziadków. We wtorek natomiast moja grupa jedzie reprezentować przedszkole na przeglądzie jasełek, co się wiąże z programem skróconym z 40 do 20 minut oraz ich pierwszą podróżą autokarem i występem w nieznanym miejscu. Już widzę te rozemocjonowane dzieci. Jednak to nie koniec „atrakcji” dla mnie. W środę rano mam obserwację dyrektorki na zajęciach, a będąc w pracy od 7.30 do 16.30, od razu po będzie jeszcze rada pedagogiczna podsumowująca semestr… Do tego czasu muszę napisać dwa sprawozdania z zadań zespołów, które były przydzielone na ten rok, no i na jutro przygotować arkusz przedhospitacyjny i scenariusz zajęć odpowiadający wymaganiom, które będą podlegały obserwacji. Nie jest łatwo. Chciałabym, żeby był już czwartek :(

Żeby nie było, ze same smutne minki we wpisie, to jest jednak jakiś pozytyw w ostatnim czasie. Pierwszy moje przedszkolne dzieciaczki pięknie wystąpiły przed rodzicami, było wzruszająco i obyło się bez większych wpadek. Drugie – byłam wczoraj na pięknym koncercie i wspólnym kolędowaniu, w ramach trasy „Betlejem w Polsce”. Jeden z moich ulubionych wykonawców muzyki religijnej – zespół TGD, a do tego znani soliści wyśpiewali radośnie kolędy i pastorałki z różnych stron świata, w których śpiew włączyła się cała hala. I mimo takiego ogromu uczestników, trafiłam na wiele znajomych twarzy (ok. 15-20 osób). Cieszę się, że mam wśród znajomych takie osoby, które chętnie włączają się w takie inicjatywy.

Jeszcze króciutko o świętach. Wiem, że najważniejsze w tym czasie jest to, że obchodzimy ponowne narodziny Jezusa. Staram się o tym nigdy nie zapominać. W dalszej kolejności istotne jest wybaczanie, spędzanie wspólnych chwil z bliskimi, a dopiero na końcu miły dodatek w postaci prezentów. I do tego chciałam nawiązać :) Zaskoczenia za bardzo nie było, bo od kilku lat prezenty są zazwyczaj dawane wg „listy życzeń” i w związku z tym otrzymałam wieżę (już jedna w domu jest, ale w pokoju rodziców i nie miałam prawie jak z niej korzystać, bo tata ogląda tv, więc jedynie, jak nikogo nie było w domu. A słuchać na komputerze muzyki z płyt nie lubię, bo przez to zamula. Teraz jest fajnie, mogę przełączać leżąc w łóżku i słuchać muzyki do snu. I powoli zaczęłam uzupełniać swoją kolekcję płyt, bo nie mam ich za wiele (niektóre trudno stwierdzić, czy to były moje czy mamy). Na chwilę obecną wychodzi, że mam więcej płyt z muzyką religijną niż pozostałych :) Od brata dostałam następną – piątą płytę Ciszy Jak Ta (jeszcze trochę brakuje do kompletu, nie mam najstarszych z których piosenki raczej rzadko pojawiają się na koncertach). Wczoraj kupiłam płytę TGD, a kilka dni temu kartę podarunkową wykorzystałam na płytę „Kalejdoskop” Andrzeja Piasecznego oraz (przez pomyłkę DVD, ale nieważne :P ) zespołu ERA. Jeszcze szukam do kupienia płytki Rafała Brzozowskiego, bo już wcześniej podobał mi się jego głos i piosenki, ale odkąd ostatnio miał u nas koncert kolęd, to lubię jeszcze bardziej. I ostatnie nawiązanie do świąt – w tym roku w naszej parafii była żywa szopka, z przebranymi dziećmi i dorosłymi oraz zwierzątkami. Był kucyk, owce, kozy, kury i króliki :) Zainteresowanie było ogromne, a ksiądz który był pomysłodawcą dał chyba z siebie 300% żeby przygotować to i koncert (a pracy w zorganizowaniu było niemało). Mam nadzieję, że obecni wikariusze zostaną jak najdłużej, bo w końcu ta parafia zaczyna żyć, coś się dzieje – na dobre. Nie tylko wydarzenia, ale też wspólnoty.

Kończę, trzeba się w końcu zabrać za pisanie scenariusza, bo za oknem już ciemno, a ja nawet nie zaczęłam.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS