RSS
 

Dzieje się ;)

20 cze

Jak mieszkałam kilka dni w maju u brata, to tak dobrze mi się pisało. Potem powrót do domu i nagle brak weny i chęci, żeby coś tworzyć. Sporo się ostatnio działo.

W pracy – przedstawienie dla rodziców z okazji Dnia Mamy i Taty. Msza na zakończenie roku i przygotowania do niej (mimo obaw, dyrekcja pochwaliła, że fajne piosenki i dzieci dobrze przygotowane :) ). Zebranie z rodzicami, po raz kolejny prowadzenie obserwacji dzieci i nanoszenie tego na karty obserwacji. Standard, taka praca nauczyciela. Teraz zaczynami powoli pakowanie rzeczy, bo nasza sala funkcjonuje tylko do końca miesiąca, potem będą grupy łączone. No i w przyszłym tygodniu czeka nas jeszcze rada pedagogiczna, czyli kilka godzin siedzenia i omawiania, co się działo w  której grupie w ciągu semestru i takie tam rzeczy, których się nie da ominąć.

Na scholii – I komunia i godziny spędzone na przygotowywaniu dekoracji. Tym razem był pobity kolejny rekord – skończyliśmy około godziny 4 xD Wróciłam do domu to już zaczynało się robić jasno, ale było warto. Efekt super :) Później rocznica, a tydzień temu pielgrzymka, na której oczywiście grałyśmy z dziewczynami. Po sobotniej części pielgrzymki, szybko do domu, odświeżyć się, przebrać i jechałam do centrum na koncert z okazji XXX rocznicy pielgrzymki Jana Pawła II na Wybrzeże. Próby, a szczególnie sam koncert – niesamowite przeżycie. Chętnie to jeszcze powtórzę. Właśnie tego mi brakowało w naszym chórze- tej radości, pieśni uwielbienia. Też jest fajnie, ale repertuar zazwyczaj poważny, dość smutny, spektakle itp. A moje klimaty to właśnie takie radosne uwielbienia Pana Boga ;) Oprócz tego, że to niesamowite przeżycie, to miałam okazję śpiewać ze wspaniałym trójmiejskim muzykiem i kompozytorem muzyki religijnej i Jazzu. To dla mnie ogromny zaszczyt. Że ja, taka nic nie znacząca, nie znająca nut, mogłam śpiewać w jego diakonii :)

Nie chce mi się dokładnie analizować co jeszcze poza pracą i śpiewami działo się w ciągu tego miesiąca „z hakiem”, ale mogę opowiedzieć, o tym co ostatnio. Kilka dni temu postanowiłam w końcu zgodzić się na propozycję kolegi, którego poznałam przez grę i który wielokrotnie proponował różne spotkania – kino, koncerty, spotkanie podróżnicze, urodziny… ale dotąd odmawiałam czasami mając opory, czasami nie pasował mi termin lub konkretna propozycja. Tym razem zaproponował wycieczkę. Od kilku miesięcy ma prawko, samochód i lubi sobie gdzieś pojechać. Tak było i tym razem, ale żeby nie było niezręcznie, że pierwsze spotkanie (po 2-3 latach wieeelu rozmów na przeróżne tematy) to wyjazd tylko we dwójkę, zaproponował, że on weźmie kolegę, ja koleżankę i pojedziemy we czwórkę. Na szczęście Kamila się zgodziła (chyba się trochę o mnie bała i stwierdziła, że jedzie bronić moich nerek :D ). Przyjechał pod mój dom punktualnie o 12, a potem czekaliśmy jakiś kwadrans na Kamilę. Nie powiem, żeby od razu było jak starzy dobrzy znajomi, ale było miło, rozmowa jakoś się kleiła i nie było takiego stania i patrzenia się na siebie nawzajem bez słowa. A było takie ryzyko, bo on też jest raczej małomówny. Kolega, który miał być gwarantem, że nie będzie krępującej ciszy jednak nie mógł i wyszło tak, że jechałyśmy my dwie z Przemkiem, a dopiero później po drodze drugim samochodem dołączyli jego koledzy i dziewczyna jednego z nich. Trochę błądziliśmy po drodze, przez ich nieprzygotowanie i zajęło to znacznie więcej czasu niż powinno, ale w końcu dotarliśmy. Jechaliśmy przez okolice dobrze mi znane  i które wspominam z dużym sentymentem ze względu na coroczne rekolekcje ;) – do Nadola nie dojechaliśmy, po skręciliśmy na rondzie, ale przez Gniewino już tak. I nagle wspomnienia odżyły. Pojechaliśmy nad jeziorko (woda cieplutka, ale wchodziłam tylko do kolan, bo miałam długie spodnie, a na pewno bym się nie rozebrała, nawet mając ze sobą kostium kąpielowy :) ), zrobiliśmy grilla, było całkiem sympatycznie. Przemek też nie miał zamiaru korzystać z kąpieli, tylko ci dwaj koledzy. Potem jeszcze bardziej oddaliliśmy się od domu i pojechaliśmy nad morze – do Lubiatowa. Taki kolejny spontan. Strasznie mocno wiał wiatr, ale i tak było fajnie. Do domu wróciliśmy jakoś po 20. Dawno nie byłam tak zrelaksowana jak wczoraj. Jednak nie miałam odwagi na jakieś bardziej odważne, bezpośrednie zachowania, jak np. żeby oprzeć się na jego nogach zamiast na Kamili, jak siedzieliśmy nad jeziorkiem. Nie chciałam też, żeby czuł się nieswojo albo wręcz przeciwnie, że robię jakieś podchody. Według spostrzeżeń Kamili, przez cały dzień był dla mnie bardzo miły (nie mogę narzekać :) ), bo np. przygotował płyty z muzyką Andrzeja Piasecznego – sam też lubi posłuchać, ale generalnie woli mocniejsza muzykę, którą ja niekoniecznie i mimo, że powiedziałam, że może włączyć coś innego to nie zmienił. No i w ogóle tak dbał i się grzecznie zwracał. Nawet drzwi otworzył ;) ale żeby uciąć wszelkie domysły, mimo że dobrze nam się ze sobą rozmawia i miło spędziliśmy wczoraj czas, to było to tylko w charakterze kolega-koleżanka. Zresztą sam ostatnio mówił, że ma niewielu znajomych, z czego często nie można na nich polegać, bo nagle zmieniają plany i czasami brakuje kogoś z kim mógłby pojechać na wycieczkę czy w inny sposób spędzić czas wolny. Nie żałuję, że zgodziłam się na ten wyjazd, może troszkę żałuję, że nie zdecydowałam się na którąś z jego wcześniejszych propozycji spotkania. Myślę, że teraz będzie już łatwiej, po pierwszym spotkaniu. I z tego co pisał, chciałby się jeszcze spotkać. Na razie nie będzie jak, bo na całe wakacje jedzie do pracy, a we wrześniu planuje wyprawę rowerową, ale sądzę, że jeszcze niejedno spotkanie się odbędzie i teraz nie będę go to zwodzić i jeśli tylko nie będzie kolidowało z innymi obowiązkami to się z nim spotkam. Nie powiem, żeby był mi obojętny, zdarzały się myśli, na przestrzeni miesięcy, że może mogłoby być coś więcej, ale to chyba nie to. Choć nigdy nie wiadomo, jak życie się potoczy.

Postanowiłam, że czas się nieco bardziej otworzyć na ludzi (stąd spotkanie opisywane powyżej) i… jest jeszcze inny kolega, już nie z Internetu, mieszkający jeszcze bliżej niż Przemek, ale obecnie, ze względu na studia przebywający dużo w Warszawie… Ma na imię Krzysiu i poznaliśmy się kilka miesięcy temu w kościele :P Widzieliśmy się tak naprawdę kilka razy, właśnie w kościele i czasami, jak była chwila to zamieniliśmy parę zdań. Jednak sporo ze sobą piszemy. Pierwsze rozmowy zaczęły się, jak znalazł mnie na Facebooku, w marcu, potem sporadycznie. W maju zaczęło się trochę więcej, w tym część „służbowo”, a pod koniec maja zaczęliśmy rozmawiać naprawdę dużo, od jakichś dwóch tygodnie niemal całe dnie. Zaczynając na pogodzie (zna się trochę na chmurach), przez muzykę, po bardzo osobiste rozmowy dotyczące upodobań i planów na przyszłość. Nie chcę na razie nic więcej mówić (i tak moi wierni czytelnicy sobie dokomponują co chcą :) ), ale miło nam się rozmawia, sądzę, że mogę liczyć na szczerość, nie unika odpowiedzi na żadne pytanie. Oprócz tego, codziennie na powitanie i przed snem dostaję wiadomość (Miłego dnia / śpij dobrze itp.). Niby nic, a jednak jest bardzo miłe i czekam na to. W dość szybkim tempie zaczyna się robić poważnie i nawet pojawiały się już pierwsze ogólne deklaracje (np. Zależy mi na Tobie), które wiele dla mnie znaczą. Trochę mnie to przeraża, co się dzieje, w jakim tempie się rozwija i co być może z tego będzie, ale jednocześnie cieszę się, że się dzieje. I chyba w końcu powolutku udaje mi się myśli i uczucia skierować w inną stronę niż dotąd to miało miejsce. Jeszcze nie całkowicie, ale po trochu chyba zmierza to w dobrą stronę :)

Mam nadzieję, że wpis nie okaże się być zbyt chaotyczny, bo co chwilę coś dopisywałam w różnych miejscach, a nie chce mi się czytać jeszcze raz, żeby sprawdzić ;)

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS